Pages Menu
TwitterFacebook
Categories Menu

Posted by on Cze 17, 2019 in Moja Toskania | 0 comments

Pierwszy tydzień stażu w piekarni

Pierwszy tydzień stażu w piekarni

Za mną pierwszy tydzień stażu. Zapewne najcięższy, bo trzeba było się wdrożyć.

Jazda rowerem po mieście o 23.30 okazała się bardzo przyjemna, gdyż 10 czerwca skończyła się szkoła i Włosi rozpoczęli dziecięce wakacje. Przed północą lodziarnia na ulicy Dalmazia jest jeszcze mocno oblegiwana. W przydomowych ogródkach ludzie sobie siedzą i głośno dyskutują. Jeżdżą auta i skutery. Na głównej ulicy spory ruch.

Pracuję z piekarzem, który ten zawód uprawia od 35 lat. Jest sam sobie sterem i żaglem i wszystko wykonuje sam. Do 4 rano nie widzi nikogo. W pracy towarzyszy mu jedynie muzyka, dyskotekowa, albo nostalgiczna typu Claudio Baglioni… Po kilku kawałkach proszę go o zmianę na coś żywszego. No to puszcza Vasco Rossi…. Raz udało mi się poprosić o Giorgię.

Dopiero o 4 rano przychodzi obecna właścicielka piekarni i zaczyna rozdzielać pieczywo do różnych sklepów.

Sporo jest do rozdzielania, szczególnie z piątku na sobotę. Pieczenie idzie pełną parą, a ile rodzajów pieczywa wychodzi z pieca to nie wiem!

Po każdej partii przygotowywania danego pieczywa i włożenia go do pieca trzeba zamieść całe pomieszczenie, gdyż na mące można się poślizgnąć. Kto by pomyślał, a jednak trzeba bardzo uważać. Nie pomogą nawet buty przeciwpoślizgowe. Poza tym wózki z blachami na mące nie dają radę jeździć, trzeba szybko działać. W piekarni liczy się każda minuta.

Pierwsze noce były nielekkie. Najgorszy przedział czasowy od 1 do 2 w nocy, gdzie wskazówki zegara w ogóle się nie przesuwały.

Pamiątka pierwszej nocy na stażu.

Zmieniłam parę rzeczy w obecnym życiu i teraz czas w piekarni biegnie równomiernie. A mianowicie przed wyjściem z domu coś jem. W większności przypadków są to kanapki. Trudno, dieta mi niech przebaczy, ale zjedzenie czegoś konkretnego w tym przypadku daje mi siłę. Pierwszej nocy byłam na bananie i o 4 rano brakowało mi sił.

Do kanapek robię sobie mocną kawę. I to stawia na nogi. Ze sobą natomiast zabieram 2 litry wody, bo tyle mniej więcej piję w piekarni. Upał jest taki, że trudno opisać. Pot spływa nawet po łokciach. Piekarz Luka nauczył mnie też swojej sztuczki. Mówi, że jak się czuje sennie to idzie umyć sobie buzię w zimnej wodzie. Rzeczywiście orzeźwienie nadchodzi i można pracować dalej. Ja jeszcze dodaję do tego zmywanie misek i miseczek, pracę, której nikt nie lubi. A dla mnie to sposób na ochłodę, bo do wiader po zaczynach trzeba wkładać ręce po same łokcie albo i ramiona.

Tak jak wspomniałam o 4 rano przychodzi właścicielka piekarni. I robi nam i sobie kawę. Cukier przemieszany jest z laskami wanilii, dzięki czemu z puszki wychodzi piękny zapach. Muszę to zastosować w domu.

Początkowo robiłam jedno lub dwa zdjęcia, bo nie za bardzo wiedziałam czy mogę nadużywać gościnności. Ale jak Luka mi powiedział cytuję: Rób co chcesz! to wiecie co to dla mnie oznaczało.

Oczywiście czasu jest bardzo bardzo mało na wyciągnięcie telefonu i pstryknięcie zdjęcia. Ale jak tylko nadarza się okazja to dla mnie jest tylko szczęście i dodatkowy uśmiech na twarzy. A Luka się tylko dziwi i pyta po co mi to.

Wypiekamy słodkie i słone. Podobno czasem zdarzają się zamówienia na jakieś uroczystości. Luka dumnie mówi, że możemy przygotować wszystko.

Wypiekamy mega długie schiacciaty, które potem szkoda kroić, takie są piękne.

W piątek w nocy zrobiliśmy też takie długie pizze. A na blachach wypiekaliśmy pizze margherite oraz z cebulą i pomidorami. W naszym codziennym programie jest również cienka schiacciata, która na życzenie klientów zostaje lekko przypalana w piecu. Włosi lubią dobrze wypieczone. Ja trochę mniej.

Po kawie o 4 rano jest już z górki.

Polska w sercu pomaga w pracy

Rano wracam do domu, ptaszki pięknie śpiewają, róże mocno pachną, cała droga jest dla mnie. Czasem przejeżdżam przez Park Villone, gdzie jest aleja platanowa.

Piekarz Luka codziennie pakuje mi na wynos różne rodzaje pieczywa. Tak więc z koszyka na rowerze pięknie wyglądają na świat bagietki czy na przykład chleb apulijski. I oczywiście roznosi się wspaniały zapach.

Zaczyna się nowy tydzień. Energia nie opuszcza, chęć poznawania nowego jest oczywiście wielka. Niebawem na blogu pojawi się nowość, przepis, który odkryłam podczas stażu. Pychota!

Post a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *